wyprawy

Beskid Śląski Rowerem- Szczyrk dzień #1

11 lipca 2013

Działeczka, grill i piwko. Lapek na kolanach. Jeszcze nie ochłonąłem po wyjeździe a już piszę relację z naszej co rocznej wyprawy. Obok mnie leży mapa Beskidu Śląskiego. Taki obraliśmy kierunek.
Szczyrk – miasto Down Hillu oraz zimą miasto, do którego Jj jeździ na deskę. Termin przypadł na 11-14 i jako jedyny, który mogliśmy wykorzystać. Nie było co sprawdzać prognozy pogody musieliśmy jechać
i już. Ale o pogodzie później. Szybkie zapakowanie naszej fury Kangura i w drogę. Wyruszyliśmy o 6 rano. Szybko docieramy do OftenHajden gdzie rozglądamy się za rekordowym papieżem. Dalej w Tychach
stoimy w korku. Bez dalszych przeszkód naszym oczom ukazał się Szczyrk (godzina około 11 z minutami). Zatrzymaliśmy się u Pani Irenki gadka szmatka czas goni trzeba ruszać na rowerzycho!! Jeszcze
chwila na sprawdzenie mapy oraz szlaków do przejechania. Wcześniej mniej więcej mieliśmy je opracowane. Dzisiejszy dzień to kierunek Skrzyczne, najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego 1257 m n.p.m..
Wjeżdża się na niego rowerowym szlakiem niebieskim. Niestety nie jest on w cale oznaczony i kluczymy żeby go znaleźć. Przy okazji oglądamy nie złe stare furki. W Szczyrku odbywał się Rajd starych
samochodów. W końcu odnajdujemy niebieski rowerowy i wjeżdżamy. Ha! Trudno to nazwać podjazdem to jest raczej pionowa ściana najpierw asfaltowa (5 min. i jestem cały mokry) a potem pełna kamieni i
błota stromizna. Dzień przed naszym przyjazdem padało. No cóż trzeba pchać. Damy radę. Zaczyna słońce wychodzić. Dochodzimy do pieszego zielonego szlaku, który prowadzi nas prosto na szczyt. Na zmianę
pchamy lub podjeżdżamy na rowerach. Widoki, które zapierają dech w piersiach rekompensują nam nasz trudy wycieczki. Przy schronisku robimy sobie przerwę na jedzenie. Towarzyszą nam dwa psy mały
kundel, wielki bernardyn oraz krowa milka. Robi się ciut zimno gdyż zaczyna wiać a my mocno upoceni. Ruszamy dalej zielonym szlakiem na Małe Skrzyczne(1211m n.p.m), Kopa Skrzyczeńska (1191 m n.p.m)
Malinowska Skała (1252m n.p.m) – ten odcienk był niesamowity. Szybki mniej więcej szutrowy no i te widoki. Co trochę się zatrzymywaliśmy żeby je zapamiętać no i oczywiście zrobić zdjęcie. Na
Malinowskiej Skale chwila dla mapy i dalej jazda. Tym razem bardzo wymagający kamienisty zjazd. Trzeba było bardzo uważać o glebę bardzo łatwo. Wspinamy się potem na Malinów (1115 m n.p.m) tutaj przy
podejściu opowiadam kawał Jjowi i mamy total zgrzewę. Kto chce poznać kawał proszę na prv 😉 Z Malinowej dajemy chciałbym napisać susa w dół ale takie kamory, że tylko dobry DH rower tutaj dałby radę.
Próbujemy swoich sił aż ludzie się dziwią jak to robimy, że tu zjeżdżamy. Docieramy do Przełęczy Salmopolskiej. Czas coś zjeść! Akurat obok dawali dobry Żurek, który dał nam energii na dalszą jazdę.
Oj pyszny był ten żur polecam! Szybki look na zegarek chyba była godzina 15. Damy radę przejechać cały czerwony szlak. Mapka chwila dla niej lecimy i mamy plan. Zaliczymy jeszcze Klimczok (1117 m
n.p.m)! Czerwony nadal jest naszym przewodnikiem. Biały Krzyż 940 m n.p.m. już jest nasz. Po zachodniej stronie Szczyrku teren jest zdecydowanie bardziej rowerowy, mniej kamienisty. Fajnie się jedzie.
Wreszcie można poszaleć i trochę pojeździć. Wcześniej nie mogliśmy się tak pobawić. Teren był bardzo wymagający. Wracając do szlaku jesteśmy już na Hyrcej (829 m n.p.m) – ah te widoki. Nie będę ich
opisywał obejrzyjcie zdjęcia! Tak sobie jedziemy i gubimy czerwony szlak. Jak już wcześniej pisałem szlaki nie są za dobrze oznaczone – to nie Izery. W pewnym momencie czerwony się urywa. Zastanawiamy
się jak dalej jechać. Nagle jakiś głos się odzywa ” Na Karkoszczanke to dalej prosto dojedziecie”. Ktoś zbierał borówki obok. Dzięki i jedziemy dalej. Niestety dalej nadal brak oznaczenia.
Jakaś para z psem pyta nas jak dojść do Szczyrku bo idą od Chaty Wuja Toma i się trochę zgubilim. Oo a my chcemy właśnie do Chaty. Pokazaliśmy im na mapie jak mają iść. Odważnie tak bez mapy w góry.
Ruszamy do CWT i tak się fajnie zjeżdża kozacko, że Jj się zatrzymuje i stwierdza kurde coś jest nie tak. Oznaczenia nadal nie ma a my non stop w dół. Żeby nie było że my zaraz Szczyrk zobaczymy. I
tak chwile się wracamy i mijamy inną parę, która też szuka czerwonego szlaku. Pyta się jak dojść do Brennej. Troszkę mają daleko z buta. Mówią nam, że na dole jest CWT i tak też z powrotem jedziemy
naszym fajnym zjazdem. To jest to! W końcu widzimy ten bar (CWT), który się znajduje w Przełęczy Karkoszczonka i ruszamy na Klimczok. Tu się niestety nie da podjechać. Trzeba pchać i to sporo! W
połowie drogi robimy przerwę na banany i batony. Pogoda jest więc spoko. Gdzieś 3/4 drogi na Klimczok szlak się urywa. W lewo ? W prawo? Czy prosto? Idziemy w lewo. Ale coś mi nie pasuje. Już się
trochę wspięliśmy (ah te widoki!!!) postanawiam się wrócić i sprawdzić opcję prosto. Faktycznie źle poszliśmy. Kawałek dalej jest oznaczenie szlaku. Wracam po Jj i rower. Ahh te widoki!!! Masakra. Już
ciut zmęczeni w końcu docieramy do Siodła Pod Klimczokiem. Na Klimczok prowadzi bardzo strome podejście na znaku widnieje napis 10min wspinaczki. Na początku mamy sobie darować ale z drugiej strony
jesteśmy tak blisko więc czemu już tego nie dokonać. Szczyt już widzimy. Wrzucamy rowery w trawę bo o podjeździe można zapomnieć. Bez rowerów to się wchodzi bardzo szybko. Chwila na szczycie i jazda w
dół. Kierujemy się szlakiem niebieskim na Szczyrk. Kamieniście bardzo niebezpiecznie i stromo. Po chwili robi się już bardziej płasko a końcówka to już asfalt i serpentyny. Ahh te prędkości, tarcze
piszczą i rozgrzewają się do czerwoności 😉 I tak poprawiamy sobie średnią, która wyniosła zaledwie około 8-10 ;). Celebrujemy nasz wyczyn na piwku w pobliskiej knajpie. Piwko 6 sok do niego 2zł no
LOL. Mamy z tego zgrzew. Potem to już shower, piwko i dobre burrito wegetariańskie w knajpie. Zasnąłem w 5 sekund. To był dobry górsko-rowerowy dzień. Żyć nie umierać. Pięknie!
































To też powinno Ci się spodobać