Kategoria

wyprawy

Canyon Ultimate CF SL, wyprawy

Włoska przygoda

9 października 2016
do pracy rowerem

Ta wyprawa miała się nie odbyć. Nie teraz nie w tej chwili. Czy nie jest tak, że każdego to spotyka? Każda chwila jest zła by przeżyć przygodę? Bo praca bo dziecko w drodze bo kasa bo… cokolwiek. Zawsze jest coś nie tak. Jechać czy nie jechać? Wszędzie słyszę jechać jak nie teraz to kiedy? Jak mały się urodzi? Nie sądzę. To jednak była najlepsza chwila. Teraz bo później już nie będzie tak łatwo.

Plan był zacny. Atakujemy na Stelvio. Tak! Stelvio to priorytet… I na tym się skończyło. Przecież nikt nie pomyślał, że pojedziesz do Włoch i pogodę będziesz miał Angielską. No skąd! Przecież to Włochy! b@@#^% please.

Pojechałem w cztery osoby. Ja, Tomasz vel Xanagaz, Jędrzej vel Jj i Ania vel Ania. By dojechać do Włoch wynajęliśmy campera. Ciekawy samochód taka przyczepa campingowa tylko z silnikiem i to sporym. To był strzał w dziesiątkę. Masz samochód, który służy jako hotel. Wszystko masz pod ręką. Sypialnie, kuchnię, jadalnię i łazienkę. Wszystko czego Ci potrzeba. Nawet garaż dla rowerów.

Wyjazd zaplanowaliśmy na 30 maja. W niedziele pakowanie i sprawdzanie pogody. Z niepokojem patrzyliśmy co się dzieje w Bormio. Pierwszej miejscowości, w której mieliśmy spać. Deszcz, czasem śnieg i temperatura około 10C. I to w Bormio! Nie na szczycie Stelvio. Szybko zmieniamy nasz cel. Kierunek Genua gdzie chmur nie ma i temperatury oscylują mniej więcej 23-25C. Jakie było nasze zdziwienie gdy dojechaliśmy na miejsce. Piękna Genua przywitała nas deszczem. Wyglądało to bardzo słabo.

 

cdn…

 

wyprawy

Świętokrzyskie – jak zawsze w klasie!

14 czerwca 2014

Plany na ten dzień były zupełnie inne. Jakiś czas przygotowania ukierunkowane były na szosę ponieważ chcieliśmy jechać trasę Łódź – Zakopane. Ze względów na brak powrotu w niedzielę i poniedziałek z Zakopca zrezygnowaliśmy z tego. Przełożony został pomysł na później (był jeszcze pomysł jazdy do Szczyrku ale jednak daliśmy sobie spokój).

Wracając do tego dnia. Pobudka o godzinie 5:30 robi swoje. Nie wyspany ale podekscytowany myślą o jeździe po świętokrzyskim spijam kawkę i ruszam do kangura – naszej fury. Z Jjem byłem umówiony o 6. Jakoś ciut wcześniej się zebrałem więc postanowiłem podjechać po Jja. W połowie drogi spotykamy się. Szybo pakujemy się z małymi problemami – niewyspanie nadal robi swoje. Wreszcie udaje się spakować. Jj przypomina sobie, że nie ma na chacie śpiwora. Ruszamy z powrotem do mnie po jakiś koc. Nareszcie można jechać. Poprzedniego dnia zatankowałem więc nie ma kolejnego postoju.
Na trasie Łódź – Kielce jak zawsze piękne widoki. Mały ruch spowodował, że droga szybko minęła. W Kielcach dzwoni Norbert i pyta gdzie jesteśmy. Jakieś 15min od Daleszyc. Czekają na nas na rynku. Dojeżdżamy do Daleszyc. Okazuje się, że to piękna mieścina. Szybkie rozpakowywanie i przebieranie. Czekamy jeszcze na dwóch chłopaków  z Wawy. Korzystamy z okazji i z Jj idziemy kupić jakieś śniadanie. Przecież śniadanie to podstawowy posiłek dnia! W między czasie chłopaki przyjeżdżają. Paczkuje się żeby mieć siły. Po zapoznaniu się z chłopami ruszamy – czyli ja, Jj, Norbert, Bartosz, Świerszczu i Pszczoła. Wszyscy ubraliśmy się jak na wielką zimnicę. Faktycznie jakoś tak zimno było. Jednak jak tylko ruszyliśmy wiedziałem, że jestem za ciepło ubrany. Kierujemy się na niebieski szlak pieszy. Pierwsze 5km to ciągłe zatrzymywanie się. A to Jjowi licznik padł, a to Świerszczowi przerzutka przednia padła chwilowo a to ja się za ciepło ubrałem i robiłem przebieranko. Tempo nadawał Bartosz, który później się okazało ma łydę i technikę. Wjechaliśmy w teren. Zrobiło się ślisko, błotniście czyli zajebiście. Wbiliśmy się na Wrześnie, Stołową i Włochy. W międzyczasie nastąpiła kolejna przebieranka. W reszcie byłem dobrze ubrany na dzisiejszy dzień – dzień, który pogodą zaskoczył. Całkiem wysoka temp.,  trochę słońca – to wszystko było zaskoczeniem a nie zapowiadało się na takie przyjemności. Oczywiście cieszyliśmy się z tego. 
Wracając do wycieczki. Nie było lekko. Czasami stromizna nie pozwalała podjeżdżać – trzeba było rower brać pod pachę (widoczne na zdjęciach). Widoki rekompensowały nam trudy wycieczki. Jj robił panoramki. Chłopaki nie omieszkali pyknąć parę fot. Teren był kapitalny. Wyposzczony od terenu miałem fun z jazdy. Cieszyłem się jak dziecko. Dawno takiej wymagającej technicznej trasy nie jechałem. Tylko asfalt i asfalt ble… A tu teren – coś pięknego. Kierowaliśmy się na Łagów. Po dotarciu do niego zatrzymaliśmy się na kawkę, niektórzy na lody i inne żarełko. Podobał mi się ten klimat luzu, braku spiny czasowej tylko sama radość z bycia na wycieczce rowerowej. Potrzebowałem tego. Relaksowałem się jednym słowem 🙂 Po kawce nadal jechaliśmy niebieskim szlakiem. Niestety w okolicach Dużej Skały Norbert traci hak przerzutki. Dłuższą przerwę wykorzystujemy na zdjęcia, szukanie części od skuwacza Norberta i popas. Gdy serwis się zakończył ruszyliśmy dalej niebieskim. W pewnym momencie wyjechaliśmy na asfalt w jakiejś wsi. Widzimy samochód państwa młodych. Padł pomysł, żeby zrobić bramkę rowerową. Udaje się. Samochód zatrzymuje się. Wychodzi świadek. Kumaty człowiek wie o co chodzi. Od razu pyta „Czy nas suszy?” Oj suszy suszy! Podchodzi do bagażnika i wyjmuje trzy flaszeczki Krupnika. Zszokował nas. Składamy życzenia młodym co by noc była owocna 😉 Patrzymy na mapy co dalej z fantem robić. tj. gdzie jechać. Różne padają opcje. My z Jjem proponujemy jechać do Huty Szklanej by wbić się na czerwony szlak. (najpierw chcieliśmy jechać na pizzawę do Nowej Słupi – pamiętamy ją z naszej wycieczki po Świętokrzyskim – pycha). Po 5min. jazdy Norbert stwierdza, że to nie ma sensu i chce wracać do Daleszyc po samochód i ruszyć na Kielce by znaleźć hak do swojego roweru. Ma to sens gdyż chłopaki chcą zostać na niedziele. I tak ja Jj, Pszczoła i Świerszczu wybieramy wariant Huta Szklana. Norbert i Bartek wracają. Nam udaje się dojechać do Huty Szklanej. Chwila na popas i jazda. Polecam ten szlak. Fajny techniczny, nie zawsze z górki ale za to ciekawy i wymagający. Pamiętam jak pierwszy raz nim jechałem. Chciałem tutaj wrócić – udało się 🙂 Chłopakom też się podobało. Dojeżdżamy prawie do Kakonina. Chłopaki mają dość i chcą wracać. Patrzymy na mapę. Świerszczu i Pszczoła ruszają na Bieliny. My razem z nimi ale dalej oni jadą asfaltem na Napęków a my ruszamy zielonym rowerowym by dalej wbić się w czarny a potem kapitalny żółty szlak rowerowy. To jest kwintesencja rowerowania. Szuter prosty między drzewami szybki,  czasami lekki zakręt. Słoneczko, piękne zapachy leśne. Normalnie bajka! Na początku pędziliśmy ale chwile później mówię do Jja Ziom zwolnij delektuj się chwilą, nie spiesz się, baw się i relaksuj. Ja tego potrzebowałem. I tak zrobiliśmy zwolniliśmy. Kapitalne uczucie. Pod koniec szlaku trochę zabłądziliśmy. Szybko udało nam się  odnaleźć trasę na Daleszyce. Dojechaliśmy 15min później po chłopakach. Skoczyliśmy na pizzawę. Byłem bardzo głodny. Pizza była znakomita – no prawie. Następnie ruszyliśmy do spożywczaka kupić baterię i jedzenie na rano. Nocleg mieliśmy w Ameliówce. Nadal było słonecznie. Piękne widoki w Świętokrzyskim jak zawsze umilają jazdę. Gdzieś w okolicach Krajna Drugiego jest kapitalny widok na Pasmo Klonowskie. Coś pięknego – baja. Dojeżdżamy do Ameliówki. Norbert z Bartkiem już są. Szybka kąpiel i czas na wypicie zdrowia za młodych. Ale to już pozostawię bez opisu…

Ps. Udało się maxa zrobić 64,01 km/h 🙂 
 





panoramka © Jj
© Jj

© Jj

wyprawy

Dla Zbycha (1948-2014) – Puszcza Bolimowska

24 maja 2014

Spotkaliśmy się na Miedzianej po samochód. Decyzja zapadła jedziemy przez Brzeziny i Jeżów. Kierunek Skierniewice. Po godzinie jazdy oraz małym tankowaniu jesteśmy na miejscu. Nie dużo czasu zajmuje nam rozpakowanie rowerów. Dlatego też już około 10 byliśmy na bajkach. Chwila jeszcze na mapę i jazda. Wjeżdżamy w Bolimowski Park od Serwituty niebieskim szlakiem rowerowym, który łączy się z żółtym. W Parku są piękne szutry. Szybkie i proste. Niestety samochodziarze sobie robią z nich autostrady :/ Nie wiem kto pozwala na takie eskapady samochód przez park :/ Dojeżdżamy do rezerwatu Polana Siwica. Spotykamy dziadków na rowerach. Miło.  Następnie przecinamy A2 i już za chwile ukazuje nam się Pałac w Nieborowie. Nie zwiedzamy gdyż ja ten Pałac znam bardzo dobrze bo byłem nie raz tutaj a dwa czas nas goni. O 17:30 Jj ma być z powrotem w domu. Z Nieborowa jedziemy na żółty szlak rowerowy, który prowadzi z powrotem do Parku Bolimowskiego. Tu trochę kluczymy co raz spoglądamy na mapę. Irytujące. Na szczęście pogoda dopisuje humory też i trafiamy na dworek myśliwski Radziwiłłów. Niestety ktoś sobie w nim mieszka i jest zaniedbany.  Dalej na południowy wschód lecimy żółtym. Jj łapie gumę. Trochę zajmuje mu wymiana dętki. Pomagam założyć oponę. Ciasna max. Jakoś się udaje. Mieliśmy chwilę na focenie. Btw. nasz nadworny fotograf co chwile zatrzymywał peleton cykając swoje słynne panoramki. Można podziwiać pod tym tekstem.  Przecinamy 705 by wjechać do miejscowości Ruda. Zatrzymujemy się przy sklepie a potem przy młynie nad rzeką Rawką. Okazuje się, że miałem przyjemność płynąć nią na spływie kajakowym. Przypomniało mi się jak zobaczyłem młyn. Fotki zrobione czas ruszać. Wbijamy na niebieski szlak pieszy, który prowadzi malowniczymi krajobrazami wzdłuż rzeki Rawka. Już wiemy, że zaplanowana trasa nie zostanie zrealizowana gdyż braknie nam po prostu czasu.  Ciśniemy na północ do zbiornika Joachimów. Tu tradycja grill, piwo i muza bum bum. Podjeżdżamy do tamy robimy zdjęcia. Patrzymy na mapę i zmieniamy plan. Pytamy się nadwornego rybaka czy damy radę stąd dojechać do Bolimowa. Słyszę tekst: „Nie za gorąco dziś na rower?” Już miałem powiedzieć nie za gorąco na siedzenie przy grillu i nic nie robienie? Nie kumam takich pytań :/  No nic. Kierunek Bolimów. Tutaj decydujemy się powrót żółtym szlakiem do Nieborowa. Dobra prosta droga z wiatrem pozwala mi na prowadzenie grupy ze stała prędkością 30km/h. Bardzo fajnie się jechało. W Nieborowie wbijamy się z powrotem na szlak tym razem czerwony rowerowy. Kieruje nas na Rezerwat, w którym spotkaliśmy w/w dziadków. Tam dalej czerwonym dojeżdżamy do Bełchowa, przecinając 70. Sklep kupno kolejnej wody i szukamy zielonego szlaku rowerowego. Coś mapa nie bardzo jest dokładna. Szlak miał być za kościołem a skręcał o wiele wiele wcześniej przed kościołem. Jj znajduje zielony szlak, który z powrotem przecina 70. Dojeżdżamy do szlaku niebieskiego, który ma nas zaprowadzić prawie do Skierniewic. Tutaj już jazda pod wiatr. Ale moc w nogach jest. Co kilometr zmieniam się z Jj z prowadzeniem. Dojeżdżamy do szlaku czerwonego, który już znajduje się na terenie Skierniewic. Chwila przerwy na picie. Norbert mówi, że się zmęczył i nie miał siły na zmiany. Zmęczyliśmy chłopaka 😉 W Skierniewicach małe pytanie, którędy na McDonald gdzie zostawiliśmy samochód. Okazuje się, że jesteśmy bardzo blisko. Za chwilę już jesteśmy na miejscu. Czas na lody dla ochłody. Współczuję pracującym w maku. Tyle dzieciorów i masakryczny hałas. To nie dla mnie. Po 8 godzinach głowa to by mi eksplodowała. Pakujemy się do samochodu. Kierunek A2. Po drodze łapie nas deszcz, który orzeźwia atmosferę. I dobrze jest czym oddychać. Żegnamy Norberta na Orlenie przy Strykowskiej. Ja z Jj żegnam się na Rado. Jadę do rodziców na późny obiad. Mam 97km na liczniku. Dokręcam jeszcze 3km co by 3 cyfry były na liczniku. 
Wycieczkę dedykuje Zbychowi (1948-2014). Dzięki, że pokazałeś mi świat filmu od strony „za kamery”. 

wyprawy

Beskid Śląski – Szczyrk dzień #3

13 lipca 2013

Jeszcze wieczorem poprzedniego dnia wierzyliśmy, że pogoda się poprawi i będzie można w końcu poszaleć. W nocy budziłem się świadomie i sprawdzałem czy nie pada. Przyszedł dzień, budzik zadzwonił pkt 7:00. Przywitała nas “piękna” pogoda w postaci ulewy i nieba ciemnoszarego. Pięknie. Zniesmaczeni byczymy się trochę w łóżkach. No cóż chyba nici z wyprawy. Jemy śniadanie w miarę jedzenie morale nam się poprawiają. Stwierdzamy, że się nie poddamy i musimy dziś pojeździć. Pakujemy się. Postanawiamy, że dziś już wrócimy do domu ale dopiero po rowerowym dniu. Oddajemy kwaterkę. Samochód załadowany. Ruszamy do Wisły aby zrealizować plan z poprzedniego dnia. Musimy wjechać na Czantorię! Dojeżdżamy do Wisły, parkujemy tam gdzie wczoraj. Przestaje padać. Wychodzi bardzo lekko słońce. Na prawdę robi się pogoda, która umożliwi jazdę. Przebrani i gotowi do drogi kierujemy się czerownym szlakiem do Ustronia. Szlak ten jest dobrze oznaczony i przyjemnie się nim jedzie. Prowadzi wzdłuż Wisły oraz koło głównej drogi. Jest pełny niespodzianek w postaci mostów wiszących, grodzi oraz pięknych widoków. Podczas jazdy trochę kropi ale nie jest to uciążliwy deszcz. Wjeżdżamy do Ustronia ścieżką rowerową. Skręcamy w szlak pomarańczowy lub jak kto woli żółty (mapa inaczej szlak inaczej), który za chwilę łączy się z zielonym szlakiem rowerowym, który prowadzi aż na Czantorię Małą (866 m n.p.m). Podjazd jest najpierw asfaltowy. Gdy asfalt się kończy człowiek już jest cały mokry. Jestem ciekaw jakie przewyższenia zrobiliśmy. Następnie wkraczamy w teren, który raz po raz karze nam zsiadać z rowerów i je pchać lub nieść na plecach. Jak kto woli. Im wyżej tym bardziej w las , który powoli staje się mroczny. Robi to na nas wrażenie. Widoki również dają nam dużo radości. Ustroń robi się bardzo malutki a rozsiane hotele na wzgórzu po drugiej stronie Ustronia wyglądają jak miniaturowe domeczki. W lekki deszczu dojeżdżamy do Chaty na Czantoryji (Czeskie Schronisko) gdzie nie można jeść własnego prowiantu. Wcześniej mijaliśmy uroczą polską chatkę pasterza, który uraczył nas góralskimi piosenkami lecącymi z głośnika. Mimo jego narzekania na brak klienteli można spokojnie zjeść swój prowiant. Spoceni i lekko przemoczeni odczuwamy zimno. Zaczyna lekko wiać co potęguje nasze poczucie ów zimna. Trzeba nam podjazdu to zaraz się zrobi cieplej! Kierunek Czantoria (995 m n.p.m). W zasadzie minęło 5min i już na niej jesteśmy. Udało się. Nadal zimno, szybka fotka i czas jechać. Jj obiera ambitny plan przejazdu czerwonym szlakiem aż do Istebnej. Mam mieszane uczucia ale co tam trzeba się nacieszyć górami. Ruszamy. Zjazd bardzo bardzo ciężki. Kamienie b. duże. No ale my wytrawni w bojach dajemy radę ;). Mijamy turystów, który się lekko dziwią, że jesteśmy na rowerach. Jeden zagaduje Jj. Pyta dokąd się kierujemy. Gdy słyszy, że do Istebnej to pyta czy to jeszcze dzisiaj zamierzamy zrobić. Na rowerze trochę szybciej się zwiedza góry. Zdecydowanie tak. Nadrabia się na zjazdach. Zaczyna lekko kropić. Dojeżdżamy do Przełęczy Beskidzkiej i dalej wjeżdżamy na Soszów Mały (764 m n.p.m). Patrzymy na szczyt Czantorii. Już jest tak daleko a w zasadzie przed chwilą na nim byliśmy. To jest niesamowite. Trasa jest tutaj ciut lżejsza. Można jechać. Nie ma brania roweru na plecy. Podjazdy są i owszem ciężkie ale na rowerze a nie na nogach. Wbijamy się na Stożek Mały (843 m n.p.m) a następnie docieramy do Stożka Wielkiego (843 m n.p.m) niestety na nogach. Stromo tutaj i ciężko. Robimy kolejną przerwę na popas. Tutaj pierwszy raz spotykamy innych rowerzystów oraz downhillowców. Mają tutaj swój tor zjazdowy oraz wyciąg. Szacun za odwagę. Tor stromy. Faktem jest chłopaki mają do tego odpowiednie rowery oraz “fullfejsy” ochraniacze itp. Profeska. Szybkie siema siema i kierujemy się dalej. Mamy plan przejechać do Szlaku Pamięci Jerzego Kukuczki. Plan realizujemy przez dwa szczyty Kyrkawice (973 m n.p.m) oraz Kiczory (990 m n.p.m). Obieramy szlak zielony. Zjazd z Kiczor niestety robi się ciężki. Mnóstwo śliskich korzeni i kamieni. Radocha się robi dopiero gdy gubimy zielony szlak i wjeżdżamy na asfalt 😀 Mimo chwilowego zabłądzenia trafiamy praktycznie prosto na Izbę Pamięci J. Kukuczki. Fota i jazda. Chwilę się jeszcze nacieszyliśmy szybkimi zjazdami. Zaczęły się mega pionowe podjazdy co ja gadam mordercze podjazy! Kukuczka chce nas wykończyć! Jego szlak jest dla prosów :P. Nie wiem jak ludzie mieszkają na codzień przy takich stromiznach. Faktem jest, że są z dala od cywilizacji gdzie mogą się wyciszyć i zrelaksować. Bardzo mi to miejsce przypadło go gustu. Chciałbym tak wyjechać i się tutaj schować na tydzień z książką w ręku i widokami na góry. Piękna rzecz! Czas nas trochę goni w końcu chcemy jeszcze dziś jechać do Łodzi. Patrząc na podjazdy to stwierdzam, że na 19 będziemy. Jest godzina 15:30. Okoliczni mieszkańcy w zasadzie panowie raczą nas dobrą i złą wiadomością. Zacznę od złej jeszcze 4km podjazdu a dobra to potem już z górki do samej Wisły. I to w zasadzie się spełnia. Dojeżdżamy do Kubalonki i dalej to już tylko banan na twarzy. Prawie 60 km/h z lekkim wspomaganiem pedałując. Hah to jest to. Mija 15min i jesteśmy w Wiśle. Godzina 17. Jest udało się pojeździć! Pogoda można powiedzieć dopisała. Nie lało. Czasem pokropiło. Nie było tragedii. Extra. Przebraliśmy się i poszliśmy na obiad. Dobre domowe jedzenie. Potem jeszcze zakup wiślańskich kołaczy – polecam to przepyszne ciasto. Jeszcze chwila zastanowienia się wracać do domu czy jeszcze brać kwaterę. Stwierdzmay jednak, że czas wracać do domu. Nie wiadomo jak z pogodą będzie, poza tym koszta trzeba trochę ciąć. Pakujemy się do samochodu, pan od parkingu tym razem był na posterunku i 20zł zabrał. Podczas drogi już planowaliśmy kolejne wyprawy!
Beskid Ślaśki jest piękny. Nie zwiedziliśmy go całego. Trudno to zrobić w praktycznie 2 dni. Jest wymagający. Często nie dla roweru. Niestety. Chyba, że podjeżdżasz wyciągiem i zjeżdżasz na DH rowerze. Nie są to Izery gdzie są świetne trasy typowo rowerowe. Szlaki są średnio oznaczone. Mimo tych niedogodności to co odda Beskid Śląski pozostanie w pamięci. Te widoki to otaczające Cię piękno, które warte jest trudu wspinaczki. Popatrzcie na panoramy, które Jj zrobił. Czyż nie jest to wspaniały widok? Pewnie tam wrócę i to nie raz. Kolejne polskie góry pokochałem 🙂

Link do prezentacji panoram:
PANORAMY!!












































wyprawy

Beskid Śląski Rowerem- Szczyrk dzień #1

11 lipca 2013

Działeczka, grill i piwko. Lapek na kolanach. Jeszcze nie ochłonąłem po wyjeździe a już piszę relację z naszej co rocznej wyprawy. Obok mnie leży mapa Beskidu Śląskiego. Taki obraliśmy kierunek.
Szczyrk – miasto Down Hillu oraz zimą miasto, do którego Jj jeździ na deskę. Termin przypadł na 11-14 i jako jedyny, który mogliśmy wykorzystać. Nie było co sprawdzać prognozy pogody musieliśmy jechać
i już. Ale o pogodzie później. Szybkie zapakowanie naszej fury Kangura i w drogę. Wyruszyliśmy o 6 rano. Szybko docieramy do OftenHajden gdzie rozglądamy się za rekordowym papieżem. Dalej w Tychach
stoimy w korku. Bez dalszych przeszkód naszym oczom ukazał się Szczyrk (godzina około 11 z minutami). Zatrzymaliśmy się u Pani Irenki gadka szmatka czas goni trzeba ruszać na rowerzycho!! Jeszcze
chwila na sprawdzenie mapy oraz szlaków do przejechania. Wcześniej mniej więcej mieliśmy je opracowane. Dzisiejszy dzień to kierunek Skrzyczne, najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego 1257 m n.p.m..
Wjeżdża się na niego rowerowym szlakiem niebieskim. Niestety nie jest on w cale oznaczony i kluczymy żeby go znaleźć. Przy okazji oglądamy nie złe stare furki. W Szczyrku odbywał się Rajd starych
samochodów. W końcu odnajdujemy niebieski rowerowy i wjeżdżamy. Ha! Trudno to nazwać podjazdem to jest raczej pionowa ściana najpierw asfaltowa (5 min. i jestem cały mokry) a potem pełna kamieni i
błota stromizna. Dzień przed naszym przyjazdem padało. No cóż trzeba pchać. Damy radę. Zaczyna słońce wychodzić. Dochodzimy do pieszego zielonego szlaku, który prowadzi nas prosto na szczyt. Na zmianę
pchamy lub podjeżdżamy na rowerach. Widoki, które zapierają dech w piersiach rekompensują nam nasz trudy wycieczki. Przy schronisku robimy sobie przerwę na jedzenie. Towarzyszą nam dwa psy mały
kundel, wielki bernardyn oraz krowa milka. Robi się ciut zimno gdyż zaczyna wiać a my mocno upoceni. Ruszamy dalej zielonym szlakiem na Małe Skrzyczne(1211m n.p.m), Kopa Skrzyczeńska (1191 m n.p.m)
Malinowska Skała (1252m n.p.m) – ten odcienk był niesamowity. Szybki mniej więcej szutrowy no i te widoki. Co trochę się zatrzymywaliśmy żeby je zapamiętać no i oczywiście zrobić zdjęcie. Na
Malinowskiej Skale chwila dla mapy i dalej jazda. Tym razem bardzo wymagający kamienisty zjazd. Trzeba było bardzo uważać o glebę bardzo łatwo. Wspinamy się potem na Malinów (1115 m n.p.m) tutaj przy
podejściu opowiadam kawał Jjowi i mamy total zgrzewę. Kto chce poznać kawał proszę na prv 😉 Z Malinowej dajemy chciałbym napisać susa w dół ale takie kamory, że tylko dobry DH rower tutaj dałby radę.
Próbujemy swoich sił aż ludzie się dziwią jak to robimy, że tu zjeżdżamy. Docieramy do Przełęczy Salmopolskiej. Czas coś zjeść! Akurat obok dawali dobry Żurek, który dał nam energii na dalszą jazdę.
Oj pyszny był ten żur polecam! Szybki look na zegarek chyba była godzina 15. Damy radę przejechać cały czerwony szlak. Mapka chwila dla niej lecimy i mamy plan. Zaliczymy jeszcze Klimczok (1117 m
n.p.m)! Czerwony nadal jest naszym przewodnikiem. Biały Krzyż 940 m n.p.m. już jest nasz. Po zachodniej stronie Szczyrku teren jest zdecydowanie bardziej rowerowy, mniej kamienisty. Fajnie się jedzie.
Wreszcie można poszaleć i trochę pojeździć. Wcześniej nie mogliśmy się tak pobawić. Teren był bardzo wymagający. Wracając do szlaku jesteśmy już na Hyrcej (829 m n.p.m) – ah te widoki. Nie będę ich
opisywał obejrzyjcie zdjęcia! Tak sobie jedziemy i gubimy czerwony szlak. Jak już wcześniej pisałem szlaki nie są za dobrze oznaczone – to nie Izery. W pewnym momencie czerwony się urywa. Zastanawiamy
się jak dalej jechać. Nagle jakiś głos się odzywa ” Na Karkoszczanke to dalej prosto dojedziecie”. Ktoś zbierał borówki obok. Dzięki i jedziemy dalej. Niestety dalej nadal brak oznaczenia.
Jakaś para z psem pyta nas jak dojść do Szczyrku bo idą od Chaty Wuja Toma i się trochę zgubilim. Oo a my chcemy właśnie do Chaty. Pokazaliśmy im na mapie jak mają iść. Odważnie tak bez mapy w góry.
Ruszamy do CWT i tak się fajnie zjeżdża kozacko, że Jj się zatrzymuje i stwierdza kurde coś jest nie tak. Oznaczenia nadal nie ma a my non stop w dół. Żeby nie było że my zaraz Szczyrk zobaczymy. I
tak chwile się wracamy i mijamy inną parę, która też szuka czerwonego szlaku. Pyta się jak dojść do Brennej. Troszkę mają daleko z buta. Mówią nam, że na dole jest CWT i tak też z powrotem jedziemy
naszym fajnym zjazdem. To jest to! W końcu widzimy ten bar (CWT), który się znajduje w Przełęczy Karkoszczonka i ruszamy na Klimczok. Tu się niestety nie da podjechać. Trzeba pchać i to sporo! W
połowie drogi robimy przerwę na banany i batony. Pogoda jest więc spoko. Gdzieś 3/4 drogi na Klimczok szlak się urywa. W lewo ? W prawo? Czy prosto? Idziemy w lewo. Ale coś mi nie pasuje. Już się
trochę wspięliśmy (ah te widoki!!!) postanawiam się wrócić i sprawdzić opcję prosto. Faktycznie źle poszliśmy. Kawałek dalej jest oznaczenie szlaku. Wracam po Jj i rower. Ahh te widoki!!! Masakra. Już
ciut zmęczeni w końcu docieramy do Siodła Pod Klimczokiem. Na Klimczok prowadzi bardzo strome podejście na znaku widnieje napis 10min wspinaczki. Na początku mamy sobie darować ale z drugiej strony
jesteśmy tak blisko więc czemu już tego nie dokonać. Szczyt już widzimy. Wrzucamy rowery w trawę bo o podjeździe można zapomnieć. Bez rowerów to się wchodzi bardzo szybko. Chwila na szczycie i jazda w
dół. Kierujemy się szlakiem niebieskim na Szczyrk. Kamieniście bardzo niebezpiecznie i stromo. Po chwili robi się już bardziej płasko a końcówka to już asfalt i serpentyny. Ahh te prędkości, tarcze
piszczą i rozgrzewają się do czerwoności 😉 I tak poprawiamy sobie średnią, która wyniosła zaledwie około 8-10 ;). Celebrujemy nasz wyczyn na piwku w pobliskiej knajpie. Piwko 6 sok do niego 2zł no
LOL. Mamy z tego zgrzew. Potem to już shower, piwko i dobre burrito wegetariańskie w knajpie. Zasnąłem w 5 sekund. To był dobry górsko-rowerowy dzień. Żyć nie umierać. Pięknie!
































wyprawy

Żubra za rogi wróć za jaja… czyli Łódź Spała Łódź!

18 maja 2013

Podczas wyprawy do Płocka wspomniałem Jjowi, że tego samego dnia jest impreza w opuszczonym bunkrze koło Tomaszowa Mazowieckiego takim jak w Konewce. Spytałem Jja czy był tam kiedyś. Odpowiedział, że nie. I tak narodził się kierunek kolejnej wyprawy. W ciągu tygodnia oczekiwania na weekend Jj dał cynka Tomaszaowi (Xanagaz), że planujemy taki wyjazd. Tomasz dał cynka na forumrowerowe.org. I tak zebrała się 4 osobowa ekipa ja, Jj, Xangaz i Grzesiek (Owurac).
Umówiliśmy się o 8 na dworcu na Widzewie. 6:30 pobudka. 7:20 jestem u Jja. Ruszamy. Jedziemy lekkim tempem przerywanym moimi k… ch… na mój napęd. Po złamanym haku oraz z nowym łańcuchem mój napęd po prostu prosił – wyreguluj mnie. 8:05 dojeżdżamy na stację. Nikogo niema. Co jest? Dzwonię do Tomka kleci mapę, będzie za 10min. Ok. Próbuję wyregulować przerzutkę, zupełna porażka. Po chwili dojeżdża Tomasz. Ratuje moją sytuację i reguluje mi napęd. Dojeżdża Grzesiek. Nadal męczymy się z moim napędem. Tomkowi udało się tak wyregulować, że najmniejsza zębatka nie wchodzi. To nie stanowi problemu. Co się okazuje w czasie jazdy Tomek zrobił to po mistrzowsku, napęd spisał się na medal. Podczas regulacji podziwiamy wagę roweru Tomka. Jj myślał, że ma lekki rower 😉 Hehe. Dobra ruszamy. Przejeżdżamy przez tory i kierujemy się na Andrespol. Wjeżdżamy do lasu. Staramy się cały czas trzymać lasów i terenów leśnych. Piękna pogoda dopisywała. Tempo mieliśmy bardzo dobre. Lekki wiatr. Tomasz jeszcze w Andrespolu mówi jedziemy pod wiatr, to wracać będziemy z wiatrem. Mówię mhm już to widzę. No ale jedziemy dalej. Pierwszy popas robimy w sklepie w Chrustach Nowych. Kupujemy co trzeba i tradycyjnie idziemy na stacje. Jeszcze stojąc pod sklepem słyszymy nagle tssss… komu to? Hmm Grzechu złapał gumę. Na stacji Grzechu robi co trzeba. My jemy, telefonujemy do swoich lubych i trenujemy trashtalking. Grzechu dalej naprawia, klei i pompuje. No ale komu w drogę temu pobudka. Tomasz próbuje obudzić gościa śpiącego na ławce. Gość nieprzytomny zostawiamy go i lecimy dalej. Pierwszy lepszy kierunek byle by do lasu. I tak pędzimy ile łyda zapodaje. A muszę przyznać, że mieliśmy dobre niesłabnące tempo. Dojeżdzamy do jakiegoś pomnika pamięci młodych chłopaków, którzy zginęli w czasie II Wojny Światowej. Chwila kontemplacji oraz chwila na posiłek. A w zasadzie chwila dla Grzecha, który już kolejną kanapkę wcina 😛 Szybkie looknięcie na mapę i w drogę. Chmury zaczynają się pojawiać. Spadnie deszcz czy nie spadnie? Oby nie. Lecimy dalej fajnymi szerokimi szutrowymi leśnymi drogami. Chłopaki sprawdzają kolejny raz kierunek trasy. Zatrzymujemy się na środku skrzyżowania 😛 Jakiś facet jedzie rowerem i przejeżdża koło nas. Komentując. Panowie zatamowaliście skrzyżowanie. Pffff padłem. Normalnie zero żywej duszy gość może nas spokojnie ominąć ale musiał oczywiście ponarzekać. Przykre ale prawdziwe. Chwila zgrzewy i ciśniemy. Natrafiamy na S8. Jedziemy chaszczami wzdłuż trasy żeby dojechać do mostu, którym przekraczamy spokojnie trasę. Przejeżdżamy koło dużego zielonego obszaru, który dookoła otoczony jest drzewami. Tomek ma ochotę na zdjęcie. Pozuje niczym prawdziwy model. A Grzechu jak zwykle wcina kanapkę 😉 Mamy jakieś 20km do Spały. Jj ma ochotę na popas taki mały co by złapać ciut energii. W sumie to ja też miałem. Szybka kanapka banan picie i piękne leśne dukty przed nami. Dużo traciliśmy energii podczas jazdy. Cóż słonko świeciło, ciepło a wręcz upał powodował, że często uzupełnialiśmy płyny i energię. Dotarliśmy w końcu do ścieżki rowerowej kierującej do Spały. Normalnie Europa. Podziwiamy widoki i kierujemy się na lody. Jednak pada na grilla w karczmie. Mega duża kiełbana z ogórkiem za 14zł zrobiła na nas wrażenie. Potem lody z automatu i kierunek delikatesy. Zakupy odpowiednich baterii i idziemy macać żubra. Jj lekko zawstydzony ale daje radę. Łapie żubra za rogi… yyy za jaja 😉 No dobra złapałem ja też. W zasadzie to już nie pierwszy raz. W Spale byłem wiele razy i jest tradycją, żeby złapać żubra żeby tu powrócić. Obok żubra siadamy na ławeczkach ładujemy baterie. Słoneczko świeci pogoda marzenie, idealna temperatura. No ale czas goni. Godzina prawie 14. Trzeba jechać do bunkra. 1,5km za Spałą jest Konewka. Dojechaliśmy do zamierzonego celu. Pustki dookoła myślałem, że będzie więcej ludzi zwiedzających. Nie zwiedzamy bunkra bo nie mamy na to czasu. Musimy jeszcze wrócić przed zachodem słońca. Chwila dyskusji jaką drogę obrać na powrót. Decyzja pada na Czerniewice a potem na Żelechlinek. Wyjeżdżamy z lasu. I zaczyna się asfalt i w mordewind. No to pięknie. Normalnie wracamy ale pod wiatr… no cóż trzeba jechać. Tempo jeszcze nie schodzi. Ciśniemy. Ciemna chmura jest naszą kompanką ale tylko do Żychlinka. Ciężka droga do tej małej ale urocze miejscowości. Cały czas walczymy z wiatrem i pagórkami. Tomasz dobrze prowadził. Mnie się też dobrze jechało trzymałem dobre tempo. Dojeżdżamy do Żelechlinka. Kupujemy zapas wody i energii na dalszą drogę. Grzechowi niestety zaczyna dawać się we znaki kolano. Radzę mu żeby obniżył sztyce bo ma ją wyciągniętą na maxa. Lekko obniża ale nie chce bandaża, który mu proponuje.
Ruszamy dalej, Grzechu słabnie. Obniża dalej sztyce. W końcu namawiam go na bandaż. Korzystamy z chwili i sprawdzamy wentylację sanitariatów i lecim. Po okresie asfaltów lasy lasy i jeszcze raz lasy dookoła nas. Extra. Szerokie piękne dukty powodują uśmiech na naszych zmęczonych twarzach. W sumie mamy około 130km w nogach. Walimy na Stary Redzeń i Koluszki. Tam przechodzimy przez tory (których rzekomo nie da się przejechać – tak rzekło dwóch panów na rowerach). Grzechu ledwo chodzi więc czy prędzej wsiada na rower. Jedziemy wzdłuż torów. Z takim kolanem szybko się nie jeździ. Odwracam się co jakiś czas by zobaczyć czy Grzecha widać na horyzoncie. Wieje nadal wiatr widać, że jest mu ciężko. Nam się jechało bardzo dobrze. Co chwila się na wzajem pilnujemy żeby nie jechać za szybko i czekamy na Grzecha. Takim przerywanym tempem dojeżdżamy do Gałkówka. Odpoczywamy chwilę. Humory nam dopisują. Siła jest. Grzechu się trzyma. Lepiej mu jechać niż chodzić. I tak zasadzie dojeżdżamy przez Bedoń do trasy, którą jechaliśmy rano. Niektórzy z nas w tym ja ciut mamy zniszczone 4 litery. Marzę o alantanie i zimnym piwku. Ta myśl daje mi siłę. Rozstajemy się przy stacji Łódź Widzew. Każdy szczęśliwy, daliśmy radę! Ja z Jjem kierujemy się do Pomorskiej. Cisnę ile fabryka dała co by Jja nie suszyło. Dojeżdzamy na Rado kierunek szachy i zasłużony odpoczynek 🙂

PS. Jest takie powiedzenie: Jest najpierw jedynka a potem dwójka.
PS2. Wracając będziemy jechać z wiatrem. Wracamy. K… mieliśmy jechać z wiatrem.
PS3. Panowie wracajmy ale spokojnie. Tak średnia tylko 30 😉
PS4. Dzięki Tomasz za regulację napędu. Świetna robota!

Podsumowując:
Świetna wyprawa. Ciekawa, wreszcie terenowa, z dala od cywilizacji. Ciekawe miejsca, genialne szutrowe, szybkie leśne drogi. Fajne miejsca warte do ponownego przejechania. Na pewno tam wrócimy! Oby więcej takich wypadów! Dzięki chłopaki!

Traki z GPS Xanagaza










































































wyprawy

Beskid Sądecki 2010

27 lutego 2013

Jako, że nie opisałem najcięższej i za razem najlepszej z moich wypraw chcę naprawić moje faux-pas wrzucam trochę zdjęć dla przypomnienia. Bardzo żałuję, że jej nie opisałem i nawet nie znam dokładnie przebytych km, przewyższeń itp. Ale czy te statystyki są ważne? Chyba nie. Dla mnie ważne był krew pot i łzy a za razem wolność, przygoda i piękno. Działo się tamtych długich 4 dni. Ahh chce lato. Miłego oglądania.
































































wyprawy

Góry Izery dzień 3. SinglTrekPodSmrkem ! Welcome in Heaven !!

11 sierpnia 2012

W nocy niestety zaczyna lać. I nie przestaje do rana. Na szczęście nasze namioty nie przemakają, w porównaniu do innych turystów. Wylewają garnkami wodę z namiotów ! Jemy śniadanie, pakowanie i w drogę ! Lekko pada deszcz, spijamy kawkę przed Swieradowem. Kawa stawia nas na nogi. Dojeżdżamy do Czech Nove Mesto. Niestety nie ma nigdzie oznaczenia jak jechać na SinglTrek Centrum. Jakoś znajdujemy drogę i parking (8zł za dobę, nie jest źle trzeba pamiętać, że singltrak centrum jest miejscówką całkowicie darmową !!! ) . At last ! Jesteśmy tu !!! Jak na razie parking jest pusty. Parę samochodów tylko stoi. Ciuchy rowerowe na siebie trzeba założyć i czas zacząć zabawę. Podjeżdżamy do centrum SingleTraków gdzie jest restauracja, toalety, prysznic, myjka do rowerów i stojaki na rowery. Oczywiści są też mapy ze szlakami. Wybieramy najłatwiejszy szlak na rozgrzewkę czyli niebieski. Dojazd praktycznie do wszystkich szlaków zaczyna się od szlaku zielonego. Zjeżdżamy w niebieski. Siąpi deszcz. Jest ślisko, kałuże i błoto. Nie które odcinki są zrobione z desek poustawianych poziomo. Jj jedzie pierwszy. Zdążyłem pomyśleć Jj uważaj dechy są śliskie i widzę Jja jak leci z roweru i spada na twarz. Chwila przerwy. Jj dochodzi do siebie. Tzn. już mu się odechciało jeździć no ale niebieski trzeba skończyć. Dojeżdżamy z powrotem do centrum cali brudni i ubłoceni. Hell yeah to lubię 😛 Jemy drugie śniadanie. JJowi wraca chęć do jazdy. Ruszamy na najdłuższy szlak czerwony. I tu się zaczyna fun. To trzeba samemu przeżyć. Ścieżki są niesamowite. Różnorodne, szybkie, techniczne dające duże możliwości przejazdu. Tzn. jesteś początkujący dasz radę je przejechać. Jesteś pro pociśniesz i będziesz miał taki fun, że nie wiem co. Ja miałem wielki ubaw. Szkodą, że Jj powoli gasił swój zapał. Upadek go zdemobilizował. Ja się cieszyłem jak dziecko. Szlaki są bardzo dobrze oznaczone. Nie trzeba sięgać do mapy, każde skrzyżowanie jest oznaczone. Każdy trudniejszy odcinek jest oznaczony. Czesi wykonali kawał dobrej roboty. Na pewno tu wrócę i zaliczę wszystkie traki. O tak spędzę tutaj cały dzień i mam nadzieje, że pogoda będzie lepsza. Wracamy ze szlaku jeszcze bardziej ubłoceni niż poprzednio. Ustawiamy się do kolejki na myjkę rowerową. Jeden minus jest tylko jedna. Mogły być co najmniej 2. Na automacie jest napisane 30 koron za mycie. Trzeba kupić żeton. Kupuje dwa. Okazuje się, że automat pracuje cały czas i nie trzeba żadnych żetonów. Nie wiem dlaczego taką zmyłę zrobili. Rowerki umyte, ciuchy przemoczone deszcz zaczyna padać a parking pełny ! Miejscówka jest oblegana przez Czechów. Widać, że się tym jarają.
Czas na powrót do Szklarskiej na jedzenie. Zaczyna padać jeszcze mocniej wręcz ściana deszczu. Decydujemy się na powrót do Łodzi. Pogoda zrobiła swoje. No cóż podsumowując wyjazd rewelacja. Cieszę się, że dwa dni były słoneczne bez opadów. Ciut zimno ale do przeżycia. Wyjazd kozacki jesteśmy zadowoleni, zmęczeni fizycznie ale psychicznie zregenerowani. Zapraszam do galerii zdjęć choć ze Smrku jest mało bo tu jest fun zjazdy a nie czas na robienie zdjęć 😀 !







Panoramy by Jj:
Hala Izerska 1
Hala Izerska 2
Kopalnia Kwarcu Stanisław
Sine Skały
SingleTrek pod Smrkem
Widok na Izery Wysokie
Widok z Wielkiej Skały na Szklarską Porębę

wyprawy

Góry Izerskie dzień 2.

10 sierpnia 2012

Pobudka o 8 rano. Lekko zapuchnięci wstajemy i jemy śniadanie. Przed tym Netto i zakupy. Bułka z pasztetem zupka chińska nie ma jak kempingowe żarcie. Najedzeni i ubrani uderzamy na niebieski szlak. Zamierzamy dzisiaj przejechać go całego. Ruszamy. Pierwsze co nas czek a to wspinaczka Izerskie Garby do Kopalni Kwarcu. Dajemy radę spokojnie choć okulary mi zdążyły zaparować. Dojeżdżamy do kopalni. Następnie Szklarską Drogą do Rozdroża pod Cichą Równią i Konną Ścieżka do Chaty Górzystów. Kanapka, baton i w drogę. Wspinamy się na Kozi Grzbiet, Drwale i potem zjazd Starą Droga Izerską do Świeradowa Zdrój. Bardzo różni się od Szklarskiej. O wiele mniej knajp praktycznie zero. Znajdujemy restauracje. Zamawiamy ja flaki i kawka, Jj żurek. Pychota, jest pięknie nie pada, słońce świeci. Ruszamy dalej niebieskim szlakiem. Wspinamy się na Sępią Górę. Tak tak nie wjeżdżaliśmy tylko wspinaliśmy się z rowerami na plecach. Taki był plan i w pełni go zrealizowaliśmy. A jak to mówią, żeby był zjazd musi być najpierw podjazd. Prosto z Sępiej Góry jedziemy na Wysoką, Jastrzębieć do Płókowego Mostu. Piękne widoki cały czas nam towarzyszą. Piękna zieleń, zapachy natury żyć nie umierać. Dalej na kręcimy na Wądolno i zaliczamy Piaszczysta, Jastrzębiec 2, Gaik, Kopań Kozią Szyje, Wrzosówkę prosto na Babią Przełęcz. Zjeżdżamy na zielony szlak, który prowadzi na Górzyniec. Dalej w niebieski przez Szare Skały Wodospad Szklarski i wreszcie dojeżdżamy do Szklarskiej. Szlak w okół Szklarskiej jest niesamowity. Cały czas biegnie wzdłuż rzeki. Dzień rowerowy zakończony piwkiem na kempingu. Wieczór wyraźnie cieplejszy od poprzedniego. Shower i na miacho na jedzenie. Wybieramy restauracje Metafora. Zestaw shoarmy bardzo dobry popijany piwkiem. Trochę drogo ale warto. Bo dobre i dużo ! Po kolacji idziemy po kolejne piwko. Czas spać. Jutro SinglTrak Pod Smrkiem !!!!