Kategoria

trekk

trekk, wyprawy

Główny szlak beskidzki – dzień 2

16 czerwca 2020

Dzień drugi zaczął się no cóż ciężko. Wieczorna degustacja zrobiła co swoje. Na szczęście udało nam się wstać o zaplanowanej porze czyli o 6. Szybki „rychtowanie” i czas ruszać. Poranek był chłodnawy ale bez tragedii. Na dzień dobry czekał nas 1h zejście do Rytra. Świeżości w nas nie było i jeszcze przez jakiś czas miało tak pozostać. Plan na Rytro był taki aby znaleźć sklep, kupić jakiś prowiant na śniadanie i wodę. Mój ekwipunek jedzeniowy jeszcze był można powiedzieć pełny więc chciałem kupić wodę i izotonik.

Niestety jakaś mgła weszła nam na nasze głowy i zablokowała myślenie. Szukając sklepu zupełnie się pogubiliśmy i poszliśmy w stronę południową. Ja nie spojrzałem na mapę turystyczną a Paweł G. poszukał na googlu sklepu. I tak google właśnie wskazało wspomnianą stronę południową. Patrząc na odległości do sklepu było to jakieś 1.5km w jedną i 1.5km w drugą na powrót na szlak. To przy trekkingu jakaś 1h po „płaskim.” Ubolewałem, że nadrabiamy taki dystans. Chłopaki się z tym pogodzili a ja nie bardzo mogłem. Szczególnie, że mieliśmy jeszcze do pokonania jakieś 30km! Po drodze zagadałem jedną Panią o najbliższy sklep. Potwierdziła wskazania mapy. Załamka. No cóż trzeba iść. I tak po jakieś 300m spaceru Paweł S. zagadał z Panem, który właśnie przyjechał na skuterze do swojego domu. Okazało się, że Pan ma jeepa i może nas zabrać do sklepu. Po rozmowie z nim dowiedzieliśmy się, że centrum Rytra jest w drugą stronę po drugiej stronie rzeki Poprad. Co nie ukrywam mówiłem chłopakom, że lepiej iść szlakiem czerwonym tak jak mieliśmy zaplanowane. Pan był tak bardzo miły, że zabrał nas i pojechaliśmy do sklepu. Poczekał na nas jak robiliśmy zakupy i znowu się zakręciliśmy bo z powrotem zabrał nas na most. Co też było błędem bo szlak czerwony właśnie prowadził tam gdzie byliśmy przy sklepie. Sami z siebie się śmialiśmy. Taki błąd! Ufff dobrze, że to wszystko tak się skończyło i nadrobiliśmy jakieś 500m. Chcieliśmy Panu dać 20zł za fatygę ale nie chciał o tym nawet słyszeć.
Wychodząc z samochodu zaczęło padać a my właśnie chcieliśmy zjeść śniadanie. Schowaliśmy się pod wiatą przystanku PKS i tam zjedliśmy śniadanie. Czyli dla mnie owsianka, bułka i ciasteczka, które zakupiłem w sklepie. Jak zjedliśmy przestało padać.

Spakowaliśmy się i ruszyliśmy dalej czerwonym szlakiem. Zaraz za przejazdem kolejowym zaczął się hardcore. Mega podejście drogą asfaltową, potem szutrową między domkami. Jak Ci ludzie na codzień mieszkają to ja nie wiem. Takie podejścia codziennie pokonywać to ma się łydę ze stali! Im wyżej to oczywiście co raz mniej domków mijaliśmy. W jednym z nich mieszkała starsza Pani, którą przywialiśmy serdecznym dzień dobry. Wbijaliśmy się na górę Kordowiec (762 npm) od śniadania do szczytu to jakieś 7-8km a my mieliśmy już z 4 przystanki odpoczynkowe. Serio ostatni wieczór mogliśmy grzeczniej spędzić. Trochę sceptycznie nastawieni ruszyliśmy dalej. Na trasie czekały na nas Niemcowa, Międzyradziejówka, Wielki Rogacz i Radziejowa – najwyższy szczyt dzisiejszego dnia. Ten odcinek od Kordowiec do Radziejowej był przepiękny, ciężki dla nas ale widokowo mega.

Niesamowity klimat aż chciało się iść. Na tym odcinku razem z Pawełem S. byliśmy na przodzie. Na Radziejową wchodzi się (od strony wschodniej) ciężkim kamienistym podejściem. Szybko wszedłem jako pierwszy. Lubię takie podejście. Nie wiele dalej ode mnie wszedł Paweł. Na górze rozgrzani szybko się ubieraliśmy bo zrobiło nam się zimno. I to bardzo! Czekając na resztę zrobiliśmy sobie szybki popas. Niestety reszta nie nadchodziła, nie wiedzieliśmy co się dzieje. Szlak przeciez prosty ciężko się zgubić. Ledwo się dodzwoniłem do Pawła. G. i okazało się, że skręcili gdzieś ze szlaku i inaczej wchodzą. No to czekamy. Czekając wszedłem na wieżę widokową. Jak zszedłem Paweł S. już drzemał. Zrobiłem to samo. W końcu nadeszli Paweł. G Piotrek. Nadrobili trochę przy tym podejściu. Chwilę wypoczęli i ruszyliśmy dalej. Czekała nas jeszcze daleka droga.

Z Radziejowej na Przehybę mieliśmy wspaniałe widoki. Mimo zmęczenia był czas na fotki i podziwianie widoków. Uwielbiam! Zmęczeni dotarliśmy do schroniska na Przehybie. Niestety okazało się czynno – nieczynne. Już wyjaśniam. Można wejść zakupić wodę oraz ciepłą herbatę, kawę i zupkę z papierka ale nic więcej do jedzenie nie ma. Można również skorzystać z jadalni gdzie zrobiliśmy sobie większy popas bo już mieliśmy za sobą 20km drogi. Głodni i trochę zziębnięci bardzo chcieliśmy zjeść i oczywiście trzeba było zakupić wodę. Przyznam szczerze nie tak zapamiętałem to schronisko. Zupełnie bez klimatu, pani obsługująca bardzo nie miła, zimna atmosfera. Szybko chciałem ruszyć na szlak. Nie dość, że kibelek strasznie ciężko znaleźć to drogi do kibelka pilnuje wielki pies. W zasadzie jest on młody i chce się bawić. Ale jest ogromny i nawet zaczyna gryźć dla zabawy. Nieprzyjemnie. A taki tip dam, że kibelek jest tam gdzie jest napisane Siedziba GOPR! Napojeni i zregenerowani idziemy dalej.

Co raz większa mgła się zbiera. Chcemy dotrzeć do Krościenka około 20. Tempo mamy nie złe. Jesteśmy pełni nadzieii, że dziś uda się dotrzeć na czas. Pozostaje nam jeszcze zaliczyć Skałkę, zejść do przełęczy Przysłop, z powrotem iść w górę na Dzwonkową i Groń a potem już w dół do Krościenka. Niestety zaczyna trochę padać i trasa robi się błotnista. Każdy idzie swoim tempem. Ja lubię podejścia i jestem na nich szybki. Natomiast zejść nie lubię i robie to wolniej niż część grupy, nie wiem czemu. Tak już mam. Gdzieś po drodze jeszcze ze dwa 5min postoje, gdzie zmieniam skarpetki, bo po całym dniu moje się już uklepały. Docieramy do Krościenka około 19:30 i zaczyna lać. Idziemy do centrum i trochę kluczymy, żeby znaleźć jakąś kwaterkę. W końcu Paweł G. zaczyna szukać przez tel. jakiś noclegów. Udaje się znaleźć za 75zł za osobę. Trzeba brać bo leje i jesteśmy głodni. Weszliśmy jeszcze do pobliskiego sklepu zakupić piwka i do Zajazdu Sokolica już tylko 5min. Tutaj Pan w maseczce nas wita. Cieszymy się, że jesteśmy na miejscu. Myślę o prysznicu i pizzy, którą zaraz zamówimy. Jak kończę prysznic to pizza już jest. Dobre piwko plus pizza. Tak to jest dobre zakończenie dzisiejszego dnia!

Link do tracka z pierwszego dnia: https://www.strava.com/activities/3584754501

trekk, wyprawy

Główny szlak beskidzki – dzień 1

10 czerwca 2020
Główny Szlak Beskidzki

Główny Szlak Beskidzki imienia Kazimierza Sosnowskiego (GSB) – szlak turystyczny znakowany kolorem czerwonym biegnący od Ustronia w Beskidzie Śląskim do Wołosatego w Bieszczadach. Najdłuższy szlak w polskich górach, liczy około 496 km! (wikipedia)

Po dwóch latach przerwy z trekkingiem znów ruszyłem na szlak. Poprzednio przeszedłem GSŚ – Główny Szlak Świętokrzyski. Teraz chciałem wspominany często jako „must to do” GSB przejść chociaż w jakimś stopniu.Troszkę się ekipa zmieniła w stosunku do GSŚ ale jeden stały zawodnik został czyli Paweł. Trasa zaplanowana wcześniej to Krynica Zdrój – Rabka Zdrój. Czyli coś około 100 km czyli 1/5 Głównego Szlaku Beskidzkiego. Na szlak wyruszyło nas razem cztery osoby.

Główny Szlak Beskidzki
Od lewej Paweł, Ja, Paweł, Piotrek


W obecnej sytuacji koronawirusowej, którą traktuje mocno sceptycznie wybraliśmy transport w postaci wynajętego busa i kierowcy. Start mieliśmy zaplanowany o 3 w nocy w środę. I tak na start przyjechała po mnie taksówka gdzie pojechałem po dwóch następnych towarzyszy podróży. Punkt styku wszystkich osób miał być u Pawła G. co też miało miejsce. Szybko zapakowaliśmy się do busa i ruszyliśmy na trasę. Wszyscy się pospaliśmy gdyż wiedzieliśmy co nas czeka dzisiejszego dnia. Plan na dzień pierwszy to Krynica Zdrój – Schroniska u Cyrla.
Na miejsce dotarliśmy przed 10. Szybka zmiana ciuchów, sprawdzenie czy wszystko jest w plecakach i ruszyliśmy. Długo się jeszcze zastanawiałem czy brać jedną bluzę rowerową więcej, taką cieplejszą, jednak z tego zrezygnowałem. I dobrze, bo zupełnie by mi się nie przydała. Na początek ruszyliśmy szlakiem niebieskim, który kierował do Jaworzyny Krynickiej. Taki wariant wybraliśmy dlatego, że nie chcieliśmy na start „przeginać” z ilością kilometrów. Pierwszy dzień to 26km i tyle chcieliśmy zrobić. Poradniki oraz osoby, które uprawiają ten sport polecają aby zacząć od mniejszego kilometrażu aby mięśnie się przyzwyczaiły. I ja również polecam tak zacząć. To była dobra decyzja. Ale wracając do relacji na szczycie zrobiliśmy pierwsze śniadanie. Rozgrzani podejściami szybko zaczęliśmy się ubierać bo na górze zrobiło się bardzo zimno a w połączeniu z wiatrem jeszcze bardziej to odczuwaliśmy. Po popasie ruszyliśmy to tutaj Główny Szlak Beskidzki dla nas zaczynał się na dobre.

Śniadanie już po dobrym podejściu


Dzisiejszym dzień miał być lekki i można powiedzieć, że był ponieważ jak weszliśmy już na górę tak w zasadzie szliśmy granią. Klimat jaki nas otaczał do las i piękne śpiewy ptaków. Trochę wietrznie ale gdy już człowiek przyzwyczaił się i szedł to i nawet ciepło. I tak doszliśmy przez Runek i Cisowy Wierch. Koło Cisowego Wierchu zrobiliśmy sobie obiad. Klasycznie wyprawowo czyli zupka chińska oraz (dla mnie) parówki sojowe. Najedzeni i wypoczęci kierowaliśmy się do miejsca docelowego. Moje nogi dawno tyle nie przeszły. Dobrze, że ciut wcześniej robiłem sobie „dziesięciokilometrówki”.

Wreszcie doszliśmy do Hali Pisanej a stąd do prywatnego schroniska Cyrla już niedaleko. Przy wejściu na posesję schroniska witają nas dwa szczeniaki z tym, że jeden z nich był takim ogromnym szczeniakiem, że mógłby człowieka przewrócić. Mimo zmęczenia byliśmy uradowani, że dotarliśmy na miejsce, że wreszcie zjemy coś dobrego i napijemy się dobrego piwa. Samo schronisko jest umiejscowione w przepięknej dolince, schludne czyste bardzo nas zaskoczyło. A cena bardzo przystępna za noc. Pokój czysty, klimatyczny o nazwie Radziejowa. Każdy pokój w tym schronisku ma swoją nazwę szczytu. Była też Maciejowa, Lubaniowa itp. Po dobrej kolacji nastąpiła degustacja piwka i lokalnego wyrobu właściciela „cytrynówki z porterówką”. Bardzo polecam po prostu pyszności! Szybko jednak te dobrocie, pełny żołądek oraz mega zmęczenie doprowadziły, że padłem i obudziłem się dopiero nad ranem. (pomijając budzik o 2:30, który zapomniałem wyłączyć z poprzedniego dnia :D)

Już w przyszłym tygodniu dzień 2. Gdzie na nasze nastroje miał wpływ pobyt u Cyrla i jego znakomitości. Już teraz zapraszam!

Ekwipunek:

Cały plecak razem z wyżywieniem i wodą ważył około 11,5kg co było bardzo dobrym wynikiem! Miałem najlżejszy plecak z całej ekipy. Jednak nie niosłem ze sobą namiotu (tj. jakieś +1.5kg i maszynki +0.5kg).

Lista rzeczy, które miałem ze sobą:

  • plecak
  • kijki trekkingowe z Decathlonu 500 – mega jestem zadowolony z tych kijków. Polecam. Cena bardzo przystępna!
  • 4x skarpetki na zmianę // jedne na sobie – w tym dwie z Decathlonu!
  • 3x majtki jedne na sobie + plus jedne sportowe szybko schnące
  • 2x koszulka sportowa z decathlonu – krótki rękawek – noszona na zmianę
  • jedna koszulka z długim rękawkiem
  • koszulka brubeck cienka (do spania lub chodzenia)
  • koszulka brubeck gruba
  • geterki brubeck do spania
  • kurtka przeciwdeszczowa
  • nożyk
  • łyżka
  • Czołówka
  • powerbank 10000mAh
  • pokrowiec na okulary
    • który służy jako portfel, etui na kabelki usb, stopery
    • portfel to w zasadzie mini etui po słuchawkach gdzie mam gotówkę i kartę bankomatową
  • zapasowy buff jako czapka
  • buff jako szalik
  • rękawiczki lekkie na wszelki wypadek
  • Kabelek do zegarka i krotki kabelek do telefonu
  • cienkie krótkie spodenki rowerowe casual szybko schnące
  • śpiwór
  • chusteczki do mycia – takie do pupy – odświeżyć twarz i dupkę :]
  • papier toaletowy
  • kubek srebrny aluminiowy
  • apteczka plus leki
  • alantan i maść na bóle mięśni
  • szczoteczka do zębów
  • mydło w płynie
  • jednorazowa do golenia maszynka
  • pasta do zębów mała tubka dla dzieci
  • stopery
  • 2x woreczki na śmieci itp. 2x woreczki do ciuchów
  • mini ręcznik z mikrofibry
  • poszewka, z której robie poduszkę z ciuchów – bardzo fajny patent pierwszy raz zobaczyłem to na kanale Szybkie Podróże
  • klapki japonki – nie lubię ich ale kupiłem za całe 4,98zł w Pepco i ważą praktycznie nic
  • mini łyżka do butów
  • karimata 2cm, którą pożyczył mi Paweł.
  • zegarek
  • okulary
  • Prowiant:
    • 3x zupka chinska
    • 2x goracy kubek
    • jeden większy pasztet z pomidorów
    • 6 batonow
    • chleb razowy mały
    • paczka parówek sojowych
    • 2x banan
    • 3L wody
    • izotonik na start – oshee 700ml
    • 6szt herbaty
    • woreczek kawy
    • 2x owsianka na śniadanie

Link do tracka z pierwszego dnia: https://www.strava.com/activities/3584743893