Kategoria

trekk

trekk, wyprawy

Główny szlak beskidzki – dzień 3

10 lipca 2020

Obudził mnie budzik. Godzina 6. Oj człowiek by jeszcze pospał jednak czas wstawać bo przecież trzeba przejść dzisiaj całkiem nie zły kawałek drogi. Słoneczko wstało już dawno, chmur na niebie nie ma. Kaca też nie ma bo wczoraj poszliśmy grzecznie spać. I dobrze, zregenerowałem się, nic mnie nie bolało, zero zakwasów odcisków itp. Szybki orzeźwiający prysznic i potem śniadanie, które zamówiliśmy sobie poprzedniego wieczora. I tak wjechała jajecznica z pysznym twarogiem i żółtym serem. Do tego pomidor, ogórek. To wszystko okraszone kawą. Oj piękny poranek. Jak zjedliśmy wszyscy poszli na „cwajen”. Gdy już zrobiliśmy co trzeba spakowaliśmy się i poszliśmy do sklepu kupić prowiant. Zakupiłem wodę, izotonik i ciasteczka holenderskie :D. Trzeba było dobrze się przygotować. Na dzień dobry mamy dziś 9km podejście na jeden z wyższych szczytów Lubań 1211m npm.

Sklep można powiedzieć znajdował się na szlaku dosłownie mówiąc zaraz za sklepem. W dobrych humorach obładowani wodą ruszyliśmy. Poranek zapowiadał piękny dzień. Faktycznie było ciepło i słonecznie. Dobrze, że od razu założyłem krótkie spodnie i koszulkę, z krótkim rękawkiem.

Początek niestety to asfaltowa droga, która dopiero po jakieś 2km zmieniła się w szuter. Paweł D. już zdążył przebrać się w krótkie spodenki. Robiło się ciepło. Pierwszy przystanek zrobiliśmy przy „grzybku” gdzie mogliśmy podziwiać piękną panoramę Tatr. Praktycznie całe to podejście 9kmtrowe okraszone było tym widokiem. Coś pięknego nie mogliśmy się napatrzeć. Zdjęcia cykaliśmy cały czas, dopóki nie weszliśmy w koronę drzew. Na Lubań wbijamy się bez problemu. Zajęło nam to około 2.5-3h. Jako pierwszy wchodzę ja i Paweł D. Rozbijamy się tutaj na popas i aby złapać chwilę oddechu. Spory ruch tutaj się robi. Jest to oblegany szlak. Dołącza do nas Paweł G i Piotr. Z Pawłem „rozkminiamy” ile mamy zapasu wody i czy warto schodzić do źródełka jakieś 5min w dół po wodę. Rezygnujemy jednak z tego pomysłu. Podziwiamy kobietę, która niesie na sobie dziecko w wielkim stelażu, które podobno samo waży 7kg. Podziwiam też dzieciaka, który w tym usiedzi moje nie dałoby rady. Znam z autopsji. Nie chce nam się stąd ruszać z Lubania jest taki piękny widok na Tatry co nas mocno cieszy. No ale czas ruszać. Czeka na nas wieża widokowa na którą oczywiście wchodzimy, plecaki zostawiamy na dole. Polecam wejście na wieżę, widok, który nas otaczał to majstersztyk widok od Tatry po Turbacz i Beskidy no coś wspaniałego. Po „obfoceniu” wszystkiego co się da ruszyliśmy w dalszą drogę.

Zejście z Lubania po stronie zachodniej nie należy do łatwych. Kamienista nawierzchnia, błoto i dosyć strome zejście powoduje, że trzeba uważać. Ale gdy już się zejdzie wchodzi się na „autostradę” gdzie zaczynamy dobrze mielić nóżkami. Wyrównany poziom wysokości powoduje, że szybko się przemieszczamy podziwiając widoki. Jest bardzo ciepło, słonko grzeje. Na Polanie Jachymówki robimy, krótki przystanek na jedzenie i podziwianie Tatr. Dalej już tylko powolne zejście aż do mieściny Studzieńki. Ten odcinek bardzo malowniczy i zróżnicowany, trochę lasu, trochę łąk, i gąszczy, trochę podejść i zejść. Niestety nie wiem kto pozwala wjeżdżać quadom na szlaki górskie. Nie lubię tego i jak dla mnie powinny być ciężkie mandaty za to. Sorry pasjonaci tego sportu jeździjcie po torach a nie po górskich szlakach. Nie dość, że zatruwacie ten rejon to jeszcze rozjeżdżacie nonszalancko drogi. Jakieś drifty bez sensu jazdy, nie podoba mi się to zupełnie.

No ale kontynuując Pawły nie źle wystrzelili do przodu na tym odcinku dogoniłem ich właśnie dopiero na dole koło Studzieniek. Piotr doszedł parę minut po mnie. Jeju tutaj upał nieziemski. Studzieńki to malownicze miejsce. Tutaj mamy zrobić zapasy wody u jednego Pana, który prowadzi gospodarstwo. Szybko znajdujemy to miejsce. Przemiła dziewczyna blondi nalewa nam wodę do wszystkich pojemników jakie mamy. Miła i cierpliwa bo było tego sporo. A woda przepyszna bardzo zimna źródlana. Dziewczyna sobie czytała książkę też bym poczytał w takich okolicznościach przyrody 😀 Dziękując oddalamy się na popas. Dosłownie parędziesiąt m od wodopoju rozstawiamy się na dłuższy odpoczynek i gotujemy wodę z widokiem na Tatry 🙂 Piękne miejsce gdzie sobie nawet uciąłem drzemkę. Mieliśmy też spotkania z bezpańskimi psami co nie należało do przyjemnych chwil ale zachowywaliśmy spokój a pieski szły sobie dalej. Ahh zupka chińska po tylu kilometrach smakuje wybornie :).

Musimy się zregenerować bo teraz czeka nas najtrudniejszy 13km odcinek a w nogach już 20km. Ruszamy Turbacz na nas czeka. Chłopaki na zejściu oczywiście przyspieszają ale po chwili następuje lekkie podejście i ich doganiam. I tu już zaczyna się długie podejście. Oj długie. Co 3km robimy sobie przerwy takie krótkie na szybką regenerację. Jest dosyć intensywnie gdyż chcemy dzisiaj napić się zimnego piwka a przecież sklep na Turbaczu zamykają o 20. Okazuje się, że jeszcze czeka nas Przełęcz Knurowska czyli zejście i znowu wejście czyli najtrudniejszy odcinek. Na przełęczy poprawiam sobie buty i ruszamy. Tutaj ja z Pawełm D. ruszamy mocno, uciekając chłopakom. Widoki są przepiękne. Co chwila odwracamy się i patrzymy na Tatry i inne góry. Przed tym podejściem dużo rozmawialiśmy podczas marszu a teraz rozmowy ucichły i idziemy w skupieniu i z dużym zmęczeniem. Najpierw czeka nas Stus (1126m npm.) potem lekko się wypłaszcza żeby potem nastąpiło podejście na Kiczorę 1282m npm. A zaraz za tym Polana Gabrowska gdzie zaczyna mocno wiać. Przebieramy się w cieplejsze ciuchy. Warto było się tak męczyć z Polany Gabrowskiej rozciąga się jeden z najpiękniejszych widoków na Tatry. Jeśli miałbym polecać to w ciemno. Jedźcie tutaj i się nie zastanawiajcie.

Wspaniały widok. Ciesząc oko idziemy dalej by dotrzeć wreszcie na Turbacz. Ja z Paweł pakujemy się do schroniska od razu zamawiamy po dwa piwa i obiadokolację. Zdążymy odebrać swoje zamówienia i dochodzą chłopaki. Oddaje swoje jedno piwko Piotrowi bo nie chce mi się drugiego pić. Po najedzeniu idę załatwiać nocleg. Dziś spanie pod chmurką. Dawno nie nocowałem w namiocie. Robi się chłodniej po całym dniu rozgrzania nie jest to komfortowe więc ubieram kolejną warstwę na siebie. Po rozłożeniu namiotu idę wziąć shower. Gdzie mam farta bo czekam dosłownie 5min. Obok mnie czeka chłopak. Po chwili z showerów wychodzi para młodych. Nowo spotkany gość mówi mi, że czeka od 30min na shower. 3 miejsca na shower a Ci młodzi zajmowali 30min. Dajcie spokój ja rozumiem wszystko ale człowiek zmęczony chce jak najszybciej się wykąpać. Przed pewnymi rzeczami można się powstrzymać. Niestety co raz gorzej się dzieje w górach. Szczególnie tu w schronisku. Mam przyjemność być tutaj drugi raz i drugi raz niestety napotykam na „chołote” ludzi, którzy nie dość, że łażą nawaleni jak szpadle to jeszcze przeszkadzają innym w odpoczynku. Też lubiłem się pobawić ale zawsze szanowałem czyjś sen i odpoczynek. No ale dosyć żali. Po kąpieli zaczyna trochę kropić. Mam piwko jeszcze wcześniej zakupione do wypicia. Dobrze, że je zakupiłem zabrałem ochoty 😀 Wypijamy wszyscy piwka z widokiem na Tatry i lecimy spać bo jesteśmy wykończeni.

https://www.strava.com/activities/3584782868

trekk, wyprawy

Główny szlak beskidzki – dzień 2

16 czerwca 2020

Dzień drugi zaczął się no cóż ciężko. Wieczorna degustacja zrobiła co swoje. Na szczęście udało nam się wstać o zaplanowanej porze czyli o 6. Szybki „rychtowanie” i czas ruszać. Poranek był chłodnawy ale bez tragedii. Na dzień dobry czekał nas 1h zejście do Rytra. Świeżości w nas nie było i jeszcze przez jakiś czas miało tak pozostać. Plan na Rytro był taki aby znaleźć sklep, kupić jakiś prowiant na śniadanie i wodę. Mój ekwipunek jedzeniowy jeszcze był można powiedzieć pełny więc chciałem kupić wodę i izotonik.

Niestety jakaś mgła weszła nam na nasze głowy i zablokowała myślenie. Szukając sklepu zupełnie się pogubiliśmy i poszliśmy w stronę południową. Ja nie spojrzałem na mapę turystyczną a Paweł G. poszukał na googlu sklepu. I tak google właśnie wskazało wspomnianą stronę południową. Patrząc na odległości do sklepu było to jakieś 1.5km w jedną i 1.5km w drugą na powrót na szlak. To przy trekkingu jakaś 1h po „płaskim.” Ubolewałem, że nadrabiamy taki dystans. Chłopaki się z tym pogodzili a ja nie bardzo mogłem. Szczególnie, że mieliśmy jeszcze do pokonania jakieś 30km! Po drodze zagadałem jedną Panią o najbliższy sklep. Potwierdziła wskazania mapy. Załamka. No cóż trzeba iść. I tak po jakieś 300m spaceru Paweł S. zagadał z Panem, który właśnie przyjechał na skuterze do swojego domu. Okazało się, że Pan ma jeepa i może nas zabrać do sklepu. Po rozmowie z nim dowiedzieliśmy się, że centrum Rytra jest w drugą stronę po drugiej stronie rzeki Poprad. Co nie ukrywam mówiłem chłopakom, że lepiej iść szlakiem czerwonym tak jak mieliśmy zaplanowane. Pan był tak bardzo miły, że zabrał nas i pojechaliśmy do sklepu. Poczekał na nas jak robiliśmy zakupy i znowu się zakręciliśmy bo z powrotem zabrał nas na most. Co też było błędem bo szlak czerwony właśnie prowadził tam gdzie byliśmy przy sklepie. Sami z siebie się śmialiśmy. Taki błąd! Ufff dobrze, że to wszystko tak się skończyło i nadrobiliśmy jakieś 500m. Chcieliśmy Panu dać 20zł za fatygę ale nie chciał o tym nawet słyszeć.
Wychodząc z samochodu zaczęło padać a my właśnie chcieliśmy zjeść śniadanie. Schowaliśmy się pod wiatą przystanku PKS i tam zjedliśmy śniadanie. Czyli dla mnie owsianka, bułka i ciasteczka, które zakupiłem w sklepie. Jak zjedliśmy przestało padać.

Spakowaliśmy się i ruszyliśmy dalej czerwonym szlakiem. Zaraz za przejazdem kolejowym zaczął się hardcore. Mega podejście drogą asfaltową, potem szutrową między domkami. Jak Ci ludzie na codzień mieszkają to ja nie wiem. Takie podejścia codziennie pokonywać to ma się łydę ze stali! Im wyżej to oczywiście co raz mniej domków mijaliśmy. W jednym z nich mieszkała starsza Pani, którą przywialiśmy serdecznym dzień dobry. Wbijaliśmy się na górę Kordowiec (762 npm) od śniadania do szczytu to jakieś 7-8km a my mieliśmy już z 4 przystanki odpoczynkowe. Serio ostatni wieczór mogliśmy grzeczniej spędzić. Trochę sceptycznie nastawieni ruszyliśmy dalej. Na trasie czekały na nas Niemcowa, Międzyradziejówka, Wielki Rogacz i Radziejowa – najwyższy szczyt dzisiejszego dnia. Ten odcinek od Kordowiec do Radziejowej był przepiękny, ciężki dla nas ale widokowo mega.

Niesamowity klimat aż chciało się iść. Na tym odcinku razem z Pawełem S. byliśmy na przodzie. Na Radziejową wchodzi się (od strony wschodniej) ciężkim kamienistym podejściem. Szybko wszedłem jako pierwszy. Lubię takie podejście. Nie wiele dalej ode mnie wszedł Paweł. Na górze rozgrzani szybko się ubieraliśmy bo zrobiło nam się zimno. I to bardzo! Czekając na resztę zrobiliśmy sobie szybki popas. Niestety reszta nie nadchodziła, nie wiedzieliśmy co się dzieje. Szlak przeciez prosty ciężko się zgubić. Ledwo się dodzwoniłem do Pawła. G. i okazało się, że skręcili gdzieś ze szlaku i inaczej wchodzą. No to czekamy. Czekając wszedłem na wieżę widokową. Jak zszedłem Paweł S. już drzemał. Zrobiłem to samo. W końcu nadeszli Paweł. G Piotrek. Nadrobili trochę przy tym podejściu. Chwilę wypoczęli i ruszyliśmy dalej. Czekała nas jeszcze daleka droga.

Z Radziejowej na Przehybę mieliśmy wspaniałe widoki. Mimo zmęczenia był czas na fotki i podziwianie widoków. Uwielbiam! Zmęczeni dotarliśmy do schroniska na Przehybie. Niestety okazało się czynno – nieczynne. Już wyjaśniam. Można wejść zakupić wodę oraz ciepłą herbatę, kawę i zupkę z papierka ale nic więcej do jedzenie nie ma. Można również skorzystać z jadalni gdzie zrobiliśmy sobie większy popas bo już mieliśmy za sobą 20km drogi. Głodni i trochę zziębnięci bardzo chcieliśmy zjeść i oczywiście trzeba było zakupić wodę. Przyznam szczerze nie tak zapamiętałem to schronisko. Zupełnie bez klimatu, pani obsługująca bardzo nie miła, zimna atmosfera. Szybko chciałem ruszyć na szlak. Nie dość, że kibelek strasznie ciężko znaleźć to drogi do kibelka pilnuje wielki pies. W zasadzie jest on młody i chce się bawić. Ale jest ogromny i nawet zaczyna gryźć dla zabawy. Nieprzyjemnie. A taki tip dam, że kibelek jest tam gdzie jest napisane Siedziba GOPR! Napojeni i zregenerowani idziemy dalej.

Co raz większa mgła się zbiera. Chcemy dotrzeć do Krościenka około 20. Tempo mamy nie złe. Jesteśmy pełni nadzieii, że dziś uda się dotrzeć na czas. Pozostaje nam jeszcze zaliczyć Skałkę, zejść do przełęczy Przysłop, z powrotem iść w górę na Dzwonkową i Groń a potem już w dół do Krościenka. Niestety zaczyna trochę padać i trasa robi się błotnista. Każdy idzie swoim tempem. Ja lubię podejścia i jestem na nich szybki. Natomiast zejść nie lubię i robie to wolniej niż część grupy, nie wiem czemu. Tak już mam. Gdzieś po drodze jeszcze ze dwa 5min postoje, gdzie zmieniam skarpetki, bo po całym dniu moje się już uklepały. Docieramy do Krościenka około 19:30 i zaczyna lać. Idziemy do centrum i trochę kluczymy, żeby znaleźć jakąś kwaterkę. W końcu Paweł G. zaczyna szukać przez tel. jakiś noclegów. Udaje się znaleźć za 75zł za osobę. Trzeba brać bo leje i jesteśmy głodni. Weszliśmy jeszcze do pobliskiego sklepu zakupić piwka i do Zajazdu Sokolica już tylko 5min. Tutaj Pan w maseczce nas wita. Cieszymy się, że jesteśmy na miejscu. Myślę o prysznicu i pizzy, którą zaraz zamówimy. Jak kończę prysznic to pizza już jest. Dobre piwko plus pizza. Tak to jest dobre zakończenie dzisiejszego dnia!

Link do tracka z pierwszego dnia: https://www.strava.com/activities/3584754501

trekk, wyprawy

Główny szlak beskidzki – dzień 1

10 czerwca 2020
Główny Szlak Beskidzki

Główny Szlak Beskidzki imienia Kazimierza Sosnowskiego (GSB) – szlak turystyczny znakowany kolorem czerwonym biegnący od Ustronia w Beskidzie Śląskim do Wołosatego w Bieszczadach. Najdłuższy szlak w polskich górach, liczy około 496 km! (wikipedia)

Po dwóch latach przerwy z trekkingiem znów ruszyłem na szlak. Poprzednio przeszedłem GSŚ – Główny Szlak Świętokrzyski. Teraz chciałem wspominany często jako „must to do” GSB przejść chociaż w jakimś stopniu.Troszkę się ekipa zmieniła w stosunku do GSŚ ale jeden stały zawodnik został czyli Paweł. Trasa zaplanowana wcześniej to Krynica Zdrój – Rabka Zdrój. Czyli coś około 100 km czyli 1/5 Głównego Szlaku Beskidzkiego. Na szlak wyruszyło nas razem cztery osoby.

Główny Szlak Beskidzki
Od lewej Paweł, Ja, Paweł, Piotrek


W obecnej sytuacji koronawirusowej, którą traktuje mocno sceptycznie wybraliśmy transport w postaci wynajętego busa i kierowcy. Start mieliśmy zaplanowany o 3 w nocy w środę. I tak na start przyjechała po mnie taksówka gdzie pojechałem po dwóch następnych towarzyszy podróży. Punkt styku wszystkich osób miał być u Pawła G. co też miało miejsce. Szybko zapakowaliśmy się do busa i ruszyliśmy na trasę. Wszyscy się pospaliśmy gdyż wiedzieliśmy co nas czeka dzisiejszego dnia. Plan na dzień pierwszy to Krynica Zdrój – Schroniska u Cyrla.
Na miejsce dotarliśmy przed 10. Szybka zmiana ciuchów, sprawdzenie czy wszystko jest w plecakach i ruszyliśmy. Długo się jeszcze zastanawiałem czy brać jedną bluzę rowerową więcej, taką cieplejszą, jednak z tego zrezygnowałem. I dobrze, bo zupełnie by mi się nie przydała. Na początek ruszyliśmy szlakiem niebieskim, który kierował do Jaworzyny Krynickiej. Taki wariant wybraliśmy dlatego, że nie chcieliśmy na start „przeginać” z ilością kilometrów. Pierwszy dzień to 26km i tyle chcieliśmy zrobić. Poradniki oraz osoby, które uprawiają ten sport polecają aby zacząć od mniejszego kilometrażu aby mięśnie się przyzwyczaiły. I ja również polecam tak zacząć. To była dobra decyzja. Ale wracając do relacji na szczycie zrobiliśmy pierwsze śniadanie. Rozgrzani podejściami szybko zaczęliśmy się ubierać bo na górze zrobiło się bardzo zimno a w połączeniu z wiatrem jeszcze bardziej to odczuwaliśmy. Po popasie ruszyliśmy to tutaj Główny Szlak Beskidzki dla nas zaczynał się na dobre.

Śniadanie już po dobrym podejściu


Dzisiejszym dzień miał być lekki i można powiedzieć, że był ponieważ jak weszliśmy już na górę tak w zasadzie szliśmy granią. Klimat jaki nas otaczał do las i piękne śpiewy ptaków. Trochę wietrznie ale gdy już człowiek przyzwyczaił się i szedł to i nawet ciepło. I tak doszliśmy przez Runek i Cisowy Wierch. Koło Cisowego Wierchu zrobiliśmy sobie obiad. Klasycznie wyprawowo czyli zupka chińska oraz (dla mnie) parówki sojowe. Najedzeni i wypoczęci kierowaliśmy się do miejsca docelowego. Moje nogi dawno tyle nie przeszły. Dobrze, że ciut wcześniej robiłem sobie „dziesięciokilometrówki”.

Wreszcie doszliśmy do Hali Pisanej a stąd do prywatnego schroniska Cyrla już niedaleko. Przy wejściu na posesję schroniska witają nas dwa szczeniaki z tym, że jeden z nich był takim ogromnym szczeniakiem, że mógłby człowieka przewrócić. Mimo zmęczenia byliśmy uradowani, że dotarliśmy na miejsce, że wreszcie zjemy coś dobrego i napijemy się dobrego piwa. Samo schronisko jest umiejscowione w przepięknej dolince, schludne czyste bardzo nas zaskoczyło. A cena bardzo przystępna za noc. Pokój czysty, klimatyczny o nazwie Radziejowa. Każdy pokój w tym schronisku ma swoją nazwę szczytu. Była też Maciejowa, Lubaniowa itp. Po dobrej kolacji nastąpiła degustacja piwka i lokalnego wyrobu właściciela „cytrynówki z porterówką”. Bardzo polecam po prostu pyszności! Szybko jednak te dobrocie, pełny żołądek oraz mega zmęczenie doprowadziły, że padłem i obudziłem się dopiero nad ranem. (pomijając budzik o 2:30, który zapomniałem wyłączyć z poprzedniego dnia :D)

Już w przyszłym tygodniu dzień 2. Gdzie na nasze nastroje miał wpływ pobyt u Cyrla i jego znakomitości. Już teraz zapraszam!

Ekwipunek:

Cały plecak razem z wyżywieniem i wodą ważył około 11,5kg co było bardzo dobrym wynikiem! Miałem najlżejszy plecak z całej ekipy. Jednak nie niosłem ze sobą namiotu (tj. jakieś +1.5kg i maszynki +0.5kg).

Lista rzeczy, które miałem ze sobą:

  • plecak
  • kijki trekkingowe z Decathlonu 500 – mega jestem zadowolony z tych kijków. Polecam. Cena bardzo przystępna!
  • 4x skarpetki na zmianę // jedne na sobie – w tym dwie z Decathlonu!
  • 3x majtki jedne na sobie + plus jedne sportowe szybko schnące
  • 2x koszulka sportowa z decathlonu – krótki rękawek – noszona na zmianę
  • jedna koszulka z długim rękawkiem
  • koszulka brubeck cienka (do spania lub chodzenia)
  • koszulka brubeck gruba
  • geterki brubeck do spania
  • kurtka przeciwdeszczowa
  • nożyk
  • łyżka
  • Czołówka
  • powerbank 10000mAh
  • pokrowiec na okulary
    • który służy jako portfel, etui na kabelki usb, stopery
    • portfel to w zasadzie mini etui po słuchawkach gdzie mam gotówkę i kartę bankomatową
  • zapasowy buff jako czapka
  • buff jako szalik
  • rękawiczki lekkie na wszelki wypadek
  • Kabelek do zegarka i krotki kabelek do telefonu
  • cienkie krótkie spodenki rowerowe casual szybko schnące
  • śpiwór
  • chusteczki do mycia – takie do pupy – odświeżyć twarz i dupkę :]
  • papier toaletowy
  • kubek srebrny aluminiowy
  • apteczka plus leki
  • alantan i maść na bóle mięśni
  • szczoteczka do zębów
  • mydło w płynie
  • jednorazowa do golenia maszynka
  • pasta do zębów mała tubka dla dzieci
  • stopery
  • 2x woreczki na śmieci itp. 2x woreczki do ciuchów
  • mini ręcznik z mikrofibry
  • poszewka, z której robie poduszkę z ciuchów – bardzo fajny patent pierwszy raz zobaczyłem to na kanale Szybkie Podróże
  • klapki japonki – nie lubię ich ale kupiłem za całe 4,98zł w Pepco i ważą praktycznie nic
  • mini łyżka do butów
  • karimata 2cm, którą pożyczył mi Paweł.
  • zegarek
  • okulary
  • Prowiant:
    • 3x zupka chinska
    • 2x goracy kubek
    • jeden większy pasztet z pomidorów
    • 6 batonow
    • chleb razowy mały
    • paczka parówek sojowych
    • 2x banan
    • 3L wody
    • izotonik na start – oshee 700ml
    • 6szt herbaty
    • woreczek kawy
    • 2x owsianka na śniadanie

Link do tracka z pierwszego dnia: https://www.strava.com/activities/3584743893