bikestats

Niedzielne rozruszanie

23 listopada 2014

Czasem tak mam, że mi się nie chce. Czasem tak mam, że chciałbym czegoś innego ale te dwa kółka mnie wciągają. I gdzieś tam chodzą koło głowy. Słyszę wyjdź wyjdź. Wystarczy chwila. Godzina. Nie potrzeba napinki tylko po prostu PORKĘĆ! Tak też zrobiłem. Z ciężkim bólem ubrałem się i wyszedłem.  (też tak macie, że to ubieranie Was męczy?) 
Po paru obrotach korby wiedziałem już, że właśnie tego mi było potrzeba. Jak zawsze miałem pomysł na start. A potem? Potem się zobaczy. Gdzieś kółka mnie poniosą. Zrobiłem traskę zaczynając od Parku Julianowskiego. Po czym  zachciało mi się Łagiewnik. Skierowałem się do Warszawskiej. A pomysł przed wyjściem był jeden zaliczyć  asfalt lekko bez potu na twarzy. Zero terenu rower umyty. Szkoda już go brudzić zaraz i tak go powieszę i tak do wiosny. Mieszczuch spełni swoją zimową rolę. Gdzieś tam jednak zaświtało. Może jednak na niebieski skoczę? To przecież chwila moment. Długi kręty zjazd i do domu. I tak zrobiłem. Przejechałem się moim ulubionym szlakiem. Bez napinki. Wolno kręcąc korbą. Tak dla przyjemności. Licznik już ześwirował od roku mi pokazuje low battery. Teraz już jest max low i głupieje. Nie patrząc na niego kręciłem dalej. Gdzieś w połowie zatrzymałem się by zrobić fotki. Ależ tam było pięknie. Wsiadłem na rower i pojechałem dalej. Dojechałem do Okólnej gdzie spotkałem 3 napinaczy. Spokojnym tempem wyprzedziłem ich jadąc pod górę. Serio było na prawdę lajtowo. Zjeżdżając wyprzedził mnie jeden z nich a ja usiadłem mu na kole. Nie odpuściłem dopóki nie skręcił na kapliczki a ja pojechałem prosto do domu. No prawie zahaczyłem o rodzinny dom zjeść pyszny obiad. 

To też powinno Ci się spodobać